Krwiożerczy potwór z drzewa

To jest zwyczajny park, trochę drzew, innych krzewów. W pogodne dni jest tam spory ruch.

Pewnego dnia

Żona kazała mi iść z nią na spacer. To polazłem.

Ptaszki świergotały, ryby wychylały pyszczki po kolejną porcję tytoniu. Słonko mocno świeciło.

Nagle mówię do Żony: ty, pa, wiewiórka!

Siedziała wysoko na drzewie rosnącym przy parkowej ścieżce. Popatrzyliśmy na nią, ona łypała na nas. I poszliśmy.

Ale ona za nami. Hyc, hyc, z jednego drzewa na drugie. Skakała naszym tropem i na dodatek wykrzywiała swoją paszczę i wydawała takie dźwięki, że włos na nogach się jeżył!

Co się obejrzeliśmy, ten potwór był blisko nas i wrzeszczał.

Nerwowo zaczęliśmy przyspieszać, ale ona skakała i toczyła pianę z pyska!

Na szczęcie szpaler drzew skończył  się i ta cholera pozostała na ostatnim z nich.

Przeżyliśmy atak krwiożerczej wiewióry!

Nigdy już do tego parku nie poszedłem. I pójść nie zamierzam!

NEWSLETTER Zapraszam!



This article was written by Przemysław Pufal.