Muzyczna obfitość, czyli playlista #16

The Quireboys – zawsze myślałem, że to zespół amerykański, a to Anglicy. To były czasy dziwnych fryzur i przebojowej muzyki rockowej.

The Wedding Present – lata 80-te i 90-te to najlepszy dla nich czas. Jeden z zespołów definiujących ówczesną angielską scenę muzyczną.

The Rolling Stones – i wszystko jasne.

Yello – dwaj dżentelmeni znani z tej bardzo rozrywkowej strony, ale mają również bardziej liryczne utwory.

Phish – Amerykanie, którzy grają chyba wszystkie gatunku muzyczne.

The Brian Jonestown Massacre – nazwa durna, ale muzyka przednia!

The Pretty Reckless – śpiewająca dziewczyna Taylor Momsen. Zawsze to próba przełamania monopolu facetów na granie rocka.

Deap Vally – zespół tworzą dwie dziewczyny: Lindsey Troy gitara i Julie Edwards perkusja. I chcą grać ciężej, niż niejeden testosteronowy band. I umieją.

Kangding Ray – David Letellier nie wstrzymuje palców tworząc swoją eksperymentalną elektronikę.

U2 – nawet jeśli ostatnie płyty nie dorównują tym starym, to i tak U2 są wielkim zespołem.

Meller Golyzniak Duda – trzech znanych panów. Fajnie wyszła im ta współpraca. Ciekawe czy jednorazowa?


Warpaint – same panie! Z Ameryki. I naprawdę fajnie grają to swoje indie.

Mountain Dust – ciężki rock, słychać hard rock, lata 60-te.

Huerco S. – a naprawdę Brian Leeds ze Stanów. Delikatna elektronika i tajemnicze dźwięki.

Car Seat Headrest – USA to duży kraj i także zespołów indie rockowych mają mnóstwo.

Skomentuj!

Dodaj komentarz

error: Content is protected !!
%d bloggers like this: