Nauczanie zdalne, czyli czy ktoś widział Dziub Dziuba

Kaczki z Nowej Paczki w piosence szukały Dziub Dziuba. Od razu informuję, że ja nie znalazłem, ale może ktoś z Was?

Czy Wasze dzieci i Wy spotkaliście się z nauczaniem zdalnym? Kilka miesięcy trwa coś, co tak nazwano, ale ja jestem przeciwny temu, żeby nazywać to nauka zdalną i już piszę dlaczego.

  1. Przesyłanie zadań do wykonania to nie jest nauczanie zdalne. Nikt nikogo nie nauczał, a tylko przesyła polecenia do wykonania. Syn nie miał ani jednej zdalnie przeprowadzonej lekcji, ani jednego kontaktu z żadnym nauczycielem na żywo, czyli na przykład przez Skype, Zooma, czy inną aplikację służącą do takich celów.
  2. Co więcej, żaden nauczyciel nie przesłał nawet filmu nagranego przez siebie. Niezbyt często sami przygotowywali materiały, na przykład w formie karty pracy. W znakomitej większości były to linki do materiałów znalezionych w internecie.
  3. Niestety wartość dydaktyczna części przesyłanych materiałów, a także linków do materiałów i filmów, była bardzo niska. Czasami odnosiłem wrażenie, że nauczyciele nie oglądali tych materiałów zbyt dokładnie, tylko sugerując się tytułem filmu, przesyłali uczniom do niego link. A część zawartych w nich informacji była niestety błędna, niepełna, a i przekaz czasami nie był dostosowany do wieku i możliwości uczniów.
  4. Przez tyle tygodni wychowawca nie skontaktował się, nie porozmawiał z uczniami i rodzicami, ograniczył się do przesłania informacji, że w razie czego mogą sami to zrobić. Dobrze przynajmniej, że odblokowano możliwość pisania do nauczycieli przez edziennik, ponieważ wcześniej ta funkcja była zablokowana.
  5. Zdaję sobie sprawę, że nauczyciele mieli z pewnością sporo pracy. Prawdopodobnie. Chyba. Niestety część nauczycieli była po prostu niezorganizowana lub strasznie rozkojarzona, bo wielokrotnie mylili się i przesyłali materiały przeznaczone dla innych klas, nieaktywne linki itp. Zdarzyło się, że na pięć przedmiotów danego dnia, nauczyciele przesłali wiadomości zawierające błędy.
  6. Zadania domowe, testy i sprawdziany wykonywane w domu nie powinny być podstawą do wystawiania ocen. Żaden z nauczycieli nie może mieć pewności, że zostały one wykonane samodzielnie przez uczniów. Gdyby możliwe było odpytywanie w trakcie spotkania online, to z pewnością nauczyciele zorientowaliby się, co ich uczniowie umieją, a czego nie, ale takich możliwości nie wykorzystali. Internet, rodzina, znajomi i inni uczniowie odrabiali za uczniów zadania i pisali sprawdziany. A to oznacza, że dzieciaki niczego się nie nauczyły, może oprócz oszukiwania nauczycieli. Naprawdę jestem ciekaw, jaki procent uczniów zachował się uczciwie i samodzielnie odrabiał lekcje.
  7. Ministerstwo Edukacji Narodowej ani nie miało, ani przez tyle miesięcy nie uruchomiło żadnej platformy do nauki online. A nauczyciele, którzy próbowali uczyć na żywo, bo jednak gdzieś za górami, za lasami, tacy się podobno znaleźli, skarżyli się, że w lekcjach uczestniczą osoby spoza klasy i szkoły. MEN nie zapewnił nauczycielom własnego, bezpiecznego rozwiązania tego problemu. Co więcej, bardzo rzadko nauczyciele korzystali z proponowanej przez Ministerstwo strony z epodręcznikami. Ciekawe dlaczego?
  8. Jeszcze jednak ciekawostka: również rzadko nauczyciele odsyłali uczniów do posiadanych przez nich przecież podręczników. Co jest więc nie tak z tymi podręcznikami?
  9. Komputery i dostępność do internetu to kolejna zagadka. Okazało się, że część uczniów nie ma komputerów, a część ma słaby dostęp do internetu. Część rodziców widocznie uznała, że ich dzieci nie muszą posiadać komputera w domu, a potem w panice próbowali komputery kupować, zresztą mocno przepłacając, bo zwiększył się popyt. Złośliwie zapytam: na co wydawali 500+, skoro w domu nie było ani jednego komputera?

      Dzieci dziećmi, ale proszę sobie wyobrazić, że również część nauczycieli w popłochu          kupowała komputery! Jak to możliwe, że nie posiadali w domu takiego sprzętu? Jak funkcjonowali w normalnych warunkach? Jak przygotowywali się do lekcji? Jak podnosili swoje kompetencje?

  1. Poza tym nie rozumiem, gdzie podziała się wiedza i umiejętności nauczycieli, którzy od kilkunastu? dwudziestu lat? szkolą się w zakresie kompetencji cyfrowych i… niewiele umieją! Gdyby umieli, to nauka zdalna rzeczywiście byłaby nauką zdalną, a nie tylko wysyłaniem zadań do zrobienia. Okazuje się, że pieniądze wydane na te szkolenia przez te wszystkie lata poszły w błoto. Tysiące szkoleń, konferencji, miliony litrów kawy i setki ton paluszków nie pomogły nauczycielom niczego się nauczyć?!

Naprawdę mam nadzieję, że Wy jednak znaleźliście Dziub Dziuba i że Wasze i Waszych dzieci doświadczenia z nauką zdalną są lepsze, niż nasze.

 

Skomentuj!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: